czwartek, 25 września 2014

przepraszam

zawieszam bloga
to znaczy nie mam czasu, siły i energii, żeby cokolwiek robić w tym wstawać z łóżka,
jakby ktoś chciał, żeby poinformować go jak dodam cokolwiek jak w końcu się ogarnę życiowo, to proszę o zostawienie w komentarzu czegokolwiek twittera, fb, maila, gg, skaype'a, whatsapp, whatever znajdę was tak czy siak, możecie też po prostu zaobserwować bloga.
przepraszam jeszcze raz, obiecuje, że skończę to ff
buziaczki cukiereczki xo


wtorek, 2 września 2014

Rozdział IV

buuuu krówki amorki i podkówki macie rozdział jest krótki bardzo, ale mam potrzebę go wstawić w takiej formie w jakiej jest, przepraszam za długą przerwę, dopiero co wróciłam z UK i jakoś nie miałam czasu.


Boli mnie głowa.
Wychodzę z niskiego budynku i idę przed siebie. Chcę uciec, uciec od hałasu, od wrzaski. Zaczynam biec, wpadam na kilku przechodniów, ale wciąż biegnę. Słyszę ich krzyki, oburzenie, nie zatrzymuje się, nie przepraszam, biegnę. Muszę uciec, muszę biec. Wpadam w ciemną uliczkę, zatrzymuję się przy kartonach, które zapewne pełnią rolę czyjegoś mieszkania. Opadam na koc rozłożony koło nich, jest brudny i przenoszony, ale to nie ma dla mnie większego znaczenia. Skupiam się na oddychaniu, wdech, wydech. Staram się uspokoić oddech, zamiast tego wybucham płaczem. Kocham go. Nie kocham go. Kocham go. Nie kocham go. Chce umrzeć. Zamilkłem słysząc kroki. Zamknąłem oczy.

 Nienawidziłem samotności równo mocno, co ją kochałem. Znacie ten moment, kiedy w towarzystwie ludzi irytuje was wszystko? Od samego kaszlu na przeżuwaniu i sapaniu kończąc? Nie wspominam nawet o mówieniu, dlaczego ludzie nie mogą po prostu się zamknąć? Przestałem chodzić do szkoły, nie byłem w niej już dokładnie 34 dni, zostałem zawieszony i aktualnie pragną mnie wyrzucić, czemu stara się zapobiec moja rodzicielka. Zdradzę wam sekret, nie idzie jej najlepiej. A ja na pewno niczego jej nie ułatwiam. Siedziałem w swoim pokoju nie robiąc nic. Po prostu leżałam, raz na łóżku, raz na podłodze, leżałem wszędzie gdzie tylko mogłem się zmieścić, poza sufitem, cholerna grawitacja. Nie rozmawianie z ludźmi jest proste, nie rozmawianie z Austinem jest trudniejsze od położenia się na suficie, ale rozmawianie z nim jest jeszcze gorsze. Był jak jakiś cholerny tlen, balsam dla duszy, cokolwiek.
 W ramach jednego napadu wściekłości, który przyszedł do mnie dnia 16, o godzinie 17:12 rozwaliłem wszystko w swoim pokoju. Dosłownie, zdjęcia, figurki, książki, plakaty. Nie było to takie buntownicze, jak się wydaje na pierwszy rzut oka, bo później zwinąłem się na podłodze i wyłem dopóki mama nie przyszła do pokoju od wejścia dzwoniąc na pogotowie. Trochę się poraniłem, nie umyślnie, nie uważałem nigdy samookaleczenia za rozwiązanie. Po prostu, kiedy upadasz na podłogę pełną rozbitego szkła, chcąc, nie chcąc musisz ucierpieć. Dzień 17, 18 i 19 spędziłem w szpitalu. Kolejne raczej były monotonne, nadal leżałem w każdej możliwej pozycji dodatkowo zacząłem słuchać muzyki. Zabrano mi mojego małego miauczącego przyjaciela, który był jedyną żywą istotą jaka towarzyszyła mi w ostatnim czasie, w zasadzie to sam go nie chciałem. Pachniał Austinem. Był małym puchatym Carlile, wiem, że nie byli podobni, tak było, nic na to nie poradzę. Mama próbowała ze mną rozmawiać, codziennie. Czasami miała już dosyć, słyszałem jak kłócą się z tatą. Było mi przykro, ale tylko przez kilka sekund. Zaczęła przychodzić do mnie jakaś kobieta, kazała ze sobą rozmawiać, nie skutkowało, ale dzięki niej nadal byłem zapisany jako jeden z uczniów mojej byłej szkoły. No dobrze aktualnej. Droga pani M twierdziła, że jest ze mną bardzo źle, że stało się coś złego lub mam po prostu nawrót, bądź dopiero teraz uderzyły we mnie wcześniejsze 'traumatyczne' wydarzenia, które mój mózg wyparł, bo nie potrafił sobie z nimi poradzić. Gdzieś koło 27 dnia dostałem ultimatum szpital albo grupa wsparcia i wznowienie terapii, którą ukończyłem, a raczej zakończyłem. Przestałem tam chodzić po dwóch miesiącach, czułem się równie źle z nią czy bez niej. Teraz podobno znowu była konieczna no i wydało sie, ze ostatnim razem spierdoliłem. Wybrałem szpital, moi rodzice jednak zignorowali moje słowa i posłali na spotkanie z jakimiś czubkami, gdzie miałem opowiadać o sobie i moich problemach. Podobno mam depresje i myśli samobójcze, nie wydaje mi się. Ja po prostu chce leżeć i nie widzieć Austina.


Chcę tylko grzecznie przypomnieć, że komentarze motywują do pisania i dodawania. Postaram się robić to co dwa tygodnie, ale nie wiem jak mi wyjdzie z fakami.
Dobra, mam nadzieję, że się podobało.

Btw chcielibyście pov Austina? Piszcie. 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział III

PRZEPRASZAM.
Tak powinnam dodać to sto lat temu, tak powinno mieć jeszcze jedną stronę, tak ma więcej błędów niż zwykle.
Nie mam worda, ogólnie nie mam laptopa i ten cholerny rozdział pisałam w notatkach na telefonie, a pozniej tablecie, w większości podczas rodzinnego obiadu,pozdrawiam.
To nie miało stać się teraz, znaczy planowałam to, ale miało być później, w innych okolicznościach i trochę inaczej, ale ff mają to do siebie, ze same się piszą, także...
Miłego czytania.

Moje serce chyba chciało wyskoczyć z klatki piersiowej, nigdy wcześniej nie biło tak szybko, nawet podczas meczy koszykówki na wfie, kiedy nie było Austina i zastępowałem piłkę. Moje podbrzusze wariowało, ucisk, który odczuwałem w brzuchu był nie do zniesienie, już nawet nie wspominam, o tej guli rosnącej w moim gardle. Spojrzałem na Carlile, układał swoje włosy, na ustach miał głupi uśmiech, a jego policzki były delikatnie zaróżowione. Wydawał się być speszony.
-Nie- odpowiedział po dłuższej chwili. - Dlaczego pytasz?
Jasne, że nie jest gejem, co ty sobie myślałeś Alan, że pocałunek coś znaczył? Nie, to przyjaciel, tylko przyjaciel, przyjaciele się całują i to nic. Prawda? To nic nie znaczy, zwykły gest, lekcja na przyszłość...
-Alan?
Odpłynąłem jak zwykle. - Nie wiem, po prostu, zapomnij.
Odwróciłem się od niego, czułem się urażony, upokorzony oraz zażenowany, jak zwykle musiałem sobie coś ubzdurać. Jego wargi odnalazły moje bez większego problemu, pocalował mnie. Przegryzł moją wargę, syknąłem z bólu, czułem posmak krwi w ustach, chciałem go odepchnąć, a zarazem wsadzić sobie w tyłek. Tak, jestem romantykiem.
-A-austin...
Wbiłem paznokcie w dywan, prawdopodobnie je złamałem, fala bólu, która nagle we mnie uderzyła sprawiła, że oczy zaszły mi łzami. Jego język był wszędzie, na mojej szyi, brzuchu, a nawet ramionach. Nie byłem w stanie zrobić czegokolwiek, moje ciało drżało pod jego dotykiem. Jakby każdy nerw był odsłonięty, a on postanowił je drażnić. Nie mogłem wytrzymać tego jak się mną bawił. Jego palce przesuwały się po moim torsie, a zanimi podążały mokre, ciepłe wargi, które pozostawiały czerwone ślady na mojej białej skórze. Jęknąłem kolejny raz, tym razem zdecydowanie za głośno, nie potrafiłem tłumić tego w sobie, oby tylko moja mama nie przyszła sprawdzić, co robimy. Wygiąłem się w łuk, kiedy ugryzł mnie w okolicach kości biodrowej, a jego palce w końcu dotknęły mojego przyrodzenia, które wcześniej umyślnie ignorował. Mój pulsujący problem powiększał sie z każdym jego ruchem. Kiedyś widziałem program, w którym mężczyzna niósł wiadro cementu na swoim przyrodzeniu, w moim aktualnym stanie mógłbym go z łatwością pobić... Kurwa mać Carlile. Jego usta otoczyły główkę mojego penisa, a język zaczął powoli się o nią ocierać. O ile wcześniej jęczałem, to teraz brzmialem jak... Nie wiem co wydaje z siebie takie dźwięki. Zacisnąłem dłonie w pięści, tak mocno, ze moje kłykcie zbielały. Przyjemność, którą teraz czułem mogłem porównać jedynie z frustracją, o którą mnie przyprawiał.
-Borze Austin proszę skończ to- wydarłem się, a zdanie zakończyłem krzykiem, czułem, że ocieram się o jego migdałki i było to równie niezręczne, co podniecające. Oczywiście Carlile musi być największym skurwysynem we wszechświecie, przerwał wykonywane przez siebie czynności, których w zasadzie nie jestem pewien, zamknąłem oczy i wyłem z podniecenia, kiedy już prawie doszedłem.
-Kurwa nienawidzę cie.
Nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko. Jego dłonie wędrowały wzdłuż mojego brzucha. To ten moment, w którym oficjalnie chce go zabić. Podparłem się na łokciach i jednym płynnym ruchem stanąłem na nogach. Austin podniósł się z kolan, chciał chyba pogłaskać mnie po policzku, ale mu tego nie umożliwiłem. Byłem wściekły i napalony. Durny, piękny Carlile. Popchnąłem go na ścianę i zacząłem całować, prawdopodobnie było zbyt mokro, ale miałem to gdzieś, mógł sie ze mną nie droczyc.
-Wow Alan zwolnij - powiedział odpychając mnie.
Popatrzyłem na niego jak na kompletnego idiotę, o co temu chłopakowi chodzi w życiu. Nie to nie, spierdalaj Austin. Chciałem rzucić mu jego rzeczy i kazać wypierdalać, ale wtedy złapał mnie za uda i dosłownie umieścił sobie na talii. Objąłem go nogami nie chcąc spaść, zaczął mnie całować. W jego oczach widziałem płonącą żądze. Wiedziałem, że mnie chce i to ja doprowadziłem go do takiego stanu. Podobało mi się to. Chciałem, żeby mnie pragnął, zagryzłem wargę , starałem się wyglądać równie seksownie, co ludzie w tych wszystkich filmach. Nie wyszło mi najlepiej, ale jemu to chyba nie przeszkadzało. Złączył nasze usta, dominował, ale nie na długo, chciałem, żeby wiedział, ze nie może sie mną bawić. Delikatnie ugryzłem go w wargę, szczęka mnie od tego wszystkiegon bolała, nigdy wcześniej moje usta, tak nie pracowały. Robiłem mu malinki wszędzie, na szyi, ramieniu, obojczykach w każdym miejscu, do którego moje usta były w stanie dotrzeć. Mój penis domagał się uwagi, kilka razy poruszyłem biodrami, zupełnie nieumyślnie, ocierając się erekcją o jego płaski, twardy brzuch. Przygwoździł mnie do ściany, trzymał tylko jedno moje udo, bo wolną ręką postanowił ściągnąć z siebie spodnie i jakimś cudem mu się to udało. O ile ubrany Carlile był seksowny, tak nagi Carlile doprowadził mnie w sekundę, niestety niedosłownie.
-Czy...
-Nie.
Skinąłem głową, czułem jak jego członek porusza się pomiędzy moimi pośladkami, jęczałem, jak tania kurwa. Jego ręce zacisnęły się na moich udach, rzucił mnie na łóżko, patrzył na mnie w sposób w jaki nikt inny tego nie robił. Jego usta znalazły się na moich jądrach i chociaż przyjemność, którą mi sprawiał, była nie do opisania, jakimś cudem go od siebie odepchnąłem. Byłem naprawdę zdeterminowany, chciałem zrobić coś dla niego. W najbardziej możliwy, seksowny sposób zacząłem całować jego podbrzusze. Chciałem, sam dokładnie nie wiem, czego chciałem. Starałem się powtarzać to, co wcześniej robił Austin, ale większości nie pamiętałem. poza tym, to był moj pierwszy raz.
-Alan nie musisz... - nie skończył zdania, zagryzł wargi, ale i tak z jego ust wydobył się cichy jęk.
Penis Carlile był naprawdę duży albo moje usta były po prostu małe. Nie zagłębiałem się w to. Objąłem go ręką, którą wcześniej polizałem, żeby zapewnić sobie lepszy poślizg i starałem sie robić to, co zwykle robię sam, pod prysznicem z muzyką na fula. Głównie lizałem lub ssałem jego główkę, spoglądając co jakiś czas na twarz przyjaciela, chociaż nie wiem czy w tym momencie jest to odpowiednie określenie. Nasze spojrzenia spotkały się, nie odrywał ode mnie wzroku. Złapał mnie za włosy i zmusił do wzięcia go całego. Zrobiło mi się niedobrze, starałem się go odepchnąć, przekazać w jakiś sposób, że nie dam rady. Austin był jak w transie poruszał biodrami jakby pieprzył moje usta, jego członek ocierał się o moje podniebienia, migdałki, a nawet (chyba) przelyk. To uczucie było nie do zniesienia. Oczy zaszły mi łzami, nie chciałem zachowywać sie jak baba, ale on nie przestawał. Wbiłem zęby w jego penisa, a paznokcie w uda najmocniej jak potrafiłem. To znowu się dzieje, to znowu się dzieje. Nie płacz Alan, tylko nie płacz, kurwa mać. Oderwał się ode mnie jak poparzony. Odruch wymiotny, który utrzymywał się w moim organizmie przez ostatnią chwilę nasilił się stokrotnie i po prostu zwymiotowałem na podłogę. Nienawidziłem posmaku wymiocin e moich ustach, to sprawiało, że chciałem zwymiotować kolejny raz.
-Alan...
Klęczałem patrząc na swoje rzygi, na policzkach zasychały mi łzy, już nie płakałem, już nigdy nie będę płakał.
-Wyjdź.
-Przepraszam...
-Wyjdź.
-Alan ja naprawdę... - wyciągnął rękę w moją stronę, przesunąłem się w tył.
Krzyk, który wydobył sie z moich ust, był nagły, sam nie wiedziałem, ze krzyczę. To po prostu się stało, tak samo jak automatycznje mrugasz, gdy wsadzą ci palec do oka.
-Wynoś się.
Wiedziałem, ze głos należy do mnie i ze wydobył się z moich ust, ale po prostu nie byłem to ja, JA. Chciałem tylko, żeby wyszedł.
-Wynoś się - powtórzyłem, tym razem szeptem przyjmując pozycję podobną do embrionalnej tyle, że wciąż siedząc. Austin ubrał się w ułamku sekundy, wyszedł z pokoju nie odzywając się już ani słowem, rzucił mi tylko smutne, przepraszające, pytające spojrzenie.
Pierdol się Carlile nie chcę twoich przeprosin.

\/\/\/\/
Przepraszam raz jeszcze, nie lubię pisać scen erotycznych i miałam straszny problem z napisaniem jej, bo po prostu tego nie lubie. Wyszłam z wprswy do tego typu rzeczy. Kiedyś to było dla mnie priorytetowe teraz nie jest i jakoś sama nie wiem, nieważne.
Mam nadzieje, ze się podobało i mnie nie nienawidzice.
Komentarze proszę.

wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział II

Przepraszam, że trwało to tak długo, nie miałam internetu, weny i czasu.
Przepraszam za błędy.


Odepchnąłem go z całej siły i pobiegłem do najbliższej łazienki, która okazała się być babską, ale nikogo zbytnio nie obchodziła moja obecność. Usiadłem w kącie, starając się przestać płakać. Nie mogłem, to było dla mnie zbyt wiele ,popchnął mnie, nawrzeszczał na mnie, a ja nie zrobiłem zupełnie nic. A teraz zamiast być silny, pokazać jaki jestem niezależny siedzę w babskim kiblu i ryczę, jak jakaś dziewucha. Dlaczego jestem takim słabym dzieciakiem.
-Alan! Wyjdź proszę. Maleństwo przepraszam że na ciebie krzyknąłem.
Nie miałem ochoty z nim rozmawiać, ani go widzieć, więc po prostu wszedłem do niej z kabin, zamykając się od środka. To w ramach bezpieczeństwa, cholerny Carlile pewnie tu przyjdzie.
Siedziałem tak ponad godzinę i nie przyszedł, ani nie zadzwonił, nie napisał smsa. To nie fair Austin. Powinieneś się mną interesować, powinieneś szaleć z rozpaczy. Nie żeby mnie to obchodziło, co to, to nie. Opuściłem ubikacje, czemu towarzyszyły piski dziewczyn, bo to się przebrały, bo to obgadywały jakieś laski albo kolesi, jakby mnie to interesowało. Idiotki. Szedłem do piwnicy odsiedzieć swoją karę, na tym skupiłem swoje myśli, a raczej na Austinie, który będzie miał kolejne dwie godziny na napastowanie mnie. Zająłem ławkę z tyłu sali zerkając co chwile w stronę drzwi. Czy ten kretyn ma zamiar w końcu tu przyjść? Nie obchodzi mnie to. Może nie przychodzić tak będzie lepiej. Carlile kretynie gdzie jesteś. Czy on się pojawi w tej cholernej sali? Brak telefonu doskwiera mi teraz bardziej niż Kellinowi Quinnowi ból tyłka w siedzeniu na krześle. W końcu przyszedł, był trochę spóźniony, ale nikt nie zwrócił mu uwagi. To w końcu Austin chłopak, o najbardziej czarującym uśmiechu na ziemi, na którego widok mdleją dziewczęta i niektórzy chłopcy, oczywiście no homo, to po prostu Carlile. Usiadł koło Kellina, aha. AHA DOBRZE AUSTIN NAJWIDOCZNIEJ MASZ NOWEGO PRZYJACIELA. Nie interesuje mnie to ani trochę. Prychnąłem, nie jestem pewny czy przypadkiem nie zrobiłem tego na głos, bo cała sala na mnie spojrzała, w tym on, ale od razu odwrócił wzrok zagadując Kellsa. To nie tak, że go nie lubię, Kellin jest całkiem w porządku, ma fajny tyłek i ładnie się uśmiecha... Nic. Chcę na twittera, dajcie mi baterię, ładowarkę, gniazdko, błagam. Bóg nie istnieje.


Skupiłem się na moich palcach, mam długie zgrabne palce, trochę jak dziewczyna... Powinienem chyba być laską.


ZAMKNIJ SIĘ KELLIN KURWA NIE ŚMIEJ SIĘ Z JEGO ŻARTÓW TYLKO JA MOGĘ SIĘ ŚMIAĆ Z ŻARTÓW AUSTINA.


Mógłbym malować paznokcie, kupowałbym sobie dużo lakierów, ewentualnie kradłbym siostrze, żeby było taniej. Wcale nie robię tego aktualnie...


Pan Tunsdfohn, który akurat miał przy nas dyżur, pewnie ograli go w karty, kretyn. Jakby zaczął oszukiwać tak jak inni, ale nie. Koleś jest takim perfekcjonistą, ale nie zauważył, że Austin się spóźnił. Idioci, wszędzie idioci. Tak czy inaczej pan Tunsdfohn powiedział, że mamy się spakować i wyjść. Prawił krótkie zwyczajowe kazanie, o tym że powinniśmy się teraz poprawić i przeprowadzać staruszki przez ulicę oraz ratować kotki (EKHEM!!!).


Wyszedłem z klasy piorunując Quinna wzrokiem, gdyby moje spojrzenie miało okazję się zmaterializować to zabiłoby go na miejscu i pewnie ludzi w pobliskiej okolicy także, no może cały stan...


-Cześć Alan - uśmiechnął się promiennie, czy on jest ślepy czy głupi?


A Carlile nie zrobił nic. Przez bite dwie godziny nie popatrzył na mnie nawet przez sekundę. To nie jest okay!! Powinien chcieć mnie przeprosić.


Po drodze Vic chciał mnie podrzucić, na moje szczęście lub też nie, zgodziłem się. Jestem idiotą. Chyba zbyt często to powtarzam, mówią, że jak się coś sobie wmawia, to staje się to prawdą. Mam przejebane.


Vic jest miłym gościem, tyle że posprzeczał się o jakaś pierdołę z Quinnem i całą drogę narzekał jaki to jest irytujący, dziecinny, głupi i nieznośny. Może ja mam tu własne problemy? Nie chciałem się bawić w żadnego psychoanalityka, chciałem darmową podwózkę do domu, bo jestem zbyt leniwy, żeby chociażby oddychać. Plus tego całego zajścia, to możliwość kontynuowania obgadywania Kellina. Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy, które będę mógł wykorzystać przeciwko niemu, jeśli dalej będzie pchał swoje brudne łapska do Austina, podsuwał mu tę swoją rozepchaną dupę. Jestem ładniejszy. A mój tyłek nie przypomina czarnej dziury. W jego pewnie można znaleźć Atlantydę.


-No to jesteśmy na miejscu, może spotkamy się wieczorem, jeśli nie masz żadnych planów.


Patrzyłem na jego buzię, która rozpromieniona była do tego poziomu, żeby pewnie dostanę choroby popromiennej. Chociaż nie chciałem się nigdzie ruszać, zgodziłem się. W zasadzie to nie wiem jak dokładnie do tego doszło.


-Przyjdę po siódmej- uśmiechnął się, machał jak popierdolony, po czym wsiadł do samochodu i tyle go widziałem.


Co ja w ogóle robię, w środy zawsze oglądam filmy z... A no tak.


Może to i lepiej, że się zgodziłem.


-Co to za chłopak? - ton głosu mojej mamy przypominał właśnie bardzo poirytowaną nastolatkę.


Napadła mnie w progu z wałkiem w ręce, nie wiem czy mogę odpowiadać, czy przypadkiem nie skończę bez głowy, czy z poobijanymi żebrami.


-Vic - odpowiedziałem grzecznie wymijając ją i unikając oceniającego mnie spojrzenia.


-Nie idź na górę. Siadaj na kanapę, musimy porozmawiać.


Czy ja umrę? Zostanę bez dachu nad głową? Co ja zrobiłem ostatnio... Kurwa. Myśl Alan, to zioło, to nie twoje, porno ściągnął na pewno ktoś inny, zdjęcia kotów w szufladzie, to do szkoły. Ten stanik siostry, to sama zostawiła, pewnie w praniu się zapodział. Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze.


Dawno nie byłem tak zdenerwowany, zestresowany jak teraz. Dlaczego ta kobieta mi to robi, jestem jej synem. Co z bezgraniczną, bezwarunkową miłością? Zasługuje na nią, to nie moja wina, że jestem rudy. Poprawie się. Zafarbuje włosy, nie wyrzucaj mnie z domu, nie mam gdzie się podziać, życie pod mostem nie jest dla mnie. Będę lepszym człowiekiem, obiecuję.


-Mamo, bo ja przepraszam...


-Że jesteś gejem? Nie musisz i nie o tym chcę rozmawiać skarbie - głaskała moją dłoń, była uśmiechnięta i spokojna, ja już niekoniecznie.


-Co?! Nie jestem gejem!


O czym ona bredzi przecież ja tylko... Czy ja jestem gejem?


-Alan wiemy z ojcem od dawna, nie musisz się wstydzić, kochamy cię bez względu na wszystko.


-Nie jestem zainteresowany żadnym k...


-Tylko Austinem - jakby nie miała uszu, to teraz prawdopodobnie uśmiechałaby się dookoła głowy. - Sam odkrywaj swoją seksualność synku, to nie moja sprawa.


Miałem mętlik w głowie, nie traktowałem się nigdy jako geja, nie identyfikowałem z nimi. Czasami myślę, o sobie z chłopakami, ale no żeby od razu gej. Śmieje się, że lubię w dupę, ale to tylko żart. Boże czy moja podświadomość mi coś sugeruj? To byłoby logiczne... Nie, nie jestem gejem. No może dla Austina, ale mogę być hetero i go kochać prawda? To Carlile... Nie, koniec tematu. Mama, rozmowa, to jest teraz ważne.


-To o czym chciałaś pomówić?


-Chcę ci dyskretnie zasugerować, żebyś pogodził się z Austinem, to dobry chłopak! Myślę, że powinieneś go przeprosić.


Ja jego? Nie ma opcji, niczym nie zawiniłem, dlaczego wszyscy cały czas zwalają winę na mnie? Dlaczego to ja mam być tym najgorszym, skoro nic nie zrobiłem? To nie fair.


-Nie zawiniłem, nie przeproszę. Pogódźcie sie w końcu wszyscy z tym, ze może nie tylko ja nie jestem idealny, ale on tez!!!


Pobiegłem do swojego pokoju, tak zachowałem się bardzo dojrzale. Sam sobie kupię medal. Siedziałem chyba z dwie godziny obwiniając się. Mam poczucie winy, nawet najlepszym się zdarza. Nie powinienem na nią krzyczeć, po tym wszystkim, co mi powiedziała zanim bezczelnie wtrąciła się w moje Zycie. Tak czy inaczej, to czy rozmawiam z Austinem, to moja sprawa, a nie jej.


Źle się czułem, a z każdą chwilą było coraz gorzej, nie wiem dlaczego, ale miałem wrażenie, że głowa zaraz mi eksploduje, zalały mnie zimne poty i jedyne czego chciałem to sen, oczywiście mój stan psychiczny nie polepszał sprawy. Zasnąłem i bogu dzięki, bo nie wiem, czy bym to wytrzymał. Obudziłem się z krzykiem i nie jestem pewien czy nie zmoczyłem łóżka, tak czy inaczej czułem się w miarę dobrze,


-Masturbujesz się?


Usłyszałem ciche pukanie do drzwi.


-Mamo!


W progu stanął Austin, patrzył się na mnie tymi swoimi cudownymi oczami, a na jego twarzy gościł nieśmiały uśmiech, nigdy wcześniej u niego takiego nie widziałem. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad tym co mówiła moja mama.


-Nie jestem twoją mamą, ale to ona mnie wpuściła... Nie przeszkadzam?- wydawał się skrępowany, pewnie czuł się równie niezręcznie co ja, nawet ręce trzymał za plecami, zamiast wymachiwać nimi (dobra wiem ze to moja działka) albo mnie przytulić. Pokręciłem głową w odpowiedzi. - Jest mi super głupio i chciałem cię jeszcze raz przeprosić. Wiesz dobrze, że nigdy nie skrzywdziłbym cię celowo.


Podszedłem do niego ignorując fakt, ze właśnie widzi mnie nago, no co lubię spać, tak jak mnie pan Bóg stworzył, to zapewnia mi lepszy wypoczynek. Pocałowałem go, oddał mój pocałunek, ale kiedy mnie objął, usłyszałem dziwny dźwięk i coś wbiło mi sie w plecy.


-Austin?!


-Niespodzianka- odparł z głupim uśmiechem odbywając ode mnie coś, czego tożsamości jeszcze nie znałem. - Chciałem ci jakoś wynagrodzić tam to...więc oto Mikey.


Moim oczom ukazał się malutki, puchaty kłębek, który okazał się być małym kociakiem.


-Jest prześliczny, jeju Austin dziękuję, jesteś najlepszy!


Przytuliłem do siebie kota, a on polizał mnie po sutku, na co Carlile wybuchnął śmiechem. Usiadłem na podłodze, głaskałem Mikey'a, tuliłem i mówiłem do niego.


-Team rudych księżniczek!


Austin miał minę w stylu gdzie popełniłem błąd, dlaczego ja, ale niezbyt mnie to interesowało. Maleństwo po chwili zasnęło mi na rękach cicho pomrukując i jeśli to nie jest najbardziej rozczulający widok na świecie, to nie wiem co jest.


-Skoro twój bliźniak śpi to może poświęcisz mi trochę uwagi?


Wystawiłem mu język, ale odłożyłem kotka na łóżko, uważając, żeby go nie obudzić, następnie zająłem miejsce koło leżącego na ziemi przyjaciela. Objął mnie ręką, a ja wygodnie ułożyłem się zgrywając się z położeniem jego części ciała. Wdychałem jego zapach i nie dam sobie głowy uciąć, czy przypadkiem nie zacząłem mruczeć. Było idealnie, on jest idealny.





-Jesteś gejem? - zapytałem nagle, nie wiem dlaczego tak zrobiłem. Po prostu samo wyszło z moich ust.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział I



Ogłoszenia parafialne.

Idźcie czytać info.

Przepraszam za błędy.



Austin był zawsze.

Nieważne co się działo, po prostu stał obok oznajmiając, że jest i zrobi wszystko, co będzie trzeba. Był, kiedy Alan dostał pierwszy rower i kiedy na owym rowerze rozwalił sobie kolana i stłukł łokcie. Był, kiedy Alan po raz pierwszy wypił ogromne ilości (dwa piwa, ale kto by liczył) alkoholu przez co rzygał jak kot pół nocy. Trzymał tylko jego opadającą na czoło grzywkę i pilnował, żeby nie udusił się własnymi wymiocinami, nie chcieli, żeby rudzielec został drugim Bonem Scottem. Carlile nie oceniał, on po prostu był. Akceptował wszelkie dziwactwa młodszego przyjaciela, wspierał go i pomagał. Razem zapalili pierwszego papierosa, którego Austin podkradł matce. To była dwójka, której nic nie miało rozłączyć, ich przyjaźń była zbyt silna by cokolwiek mogło ją zakończyć. Obiecali sobie, wręcz ślubowali, za co zostali wyśmiani przez Tino, który był świadkiem, iż zachowują się jakby brali ślub. Chłopcy jednak go zignorowali i przysięgli na zawsze pozostać razem. Alan i Austin przeciwko całemu światu.


***

Było ciemno, nie wiedziałem co w zasadzie myślę, nic się teraz nie liczyło. Tylko ten kretyn, o ciemnych włosach, którego melodyjny głos brzmiał w moich uszach, nie pozwalając się na niczym skupić. Przełknąłem głośno ślinę, ale Austin chyba tego nie zauważył. Uśmiechał się i mówił, o czymś zupełnie pozbawionym sensu.

Raz się żyje.

Złapałem jego twarz obracając w swoją stronę i zacząłem całować jego usta. Szło mi dosyć opornie, a Carlile wcale mi tego nie ułatwiał. Spieprzyłem. Cholernie mocno spieprzyłem, zawaliłem na całej linii. Teraz mnie nienawidzi, zaraz powie, że jestem ohydny, mam zejść mu z oczu i nigdy więcej się nie pokazywać. Przerwał pocałunek i popatrzył na mnie swoim wzrokiem pod tytułem "wypaliłeś mojego ostatniego skręta ty mała szmato ".

-Prze...

-Cicho.

Spojrzałem na niego zażenowany, ale się nie odezwałem.

-Po pierwsze przestań mnie lizać po twarzy jakbym był jakimś lodem, po drugie nie przepraszaj -posłał mi delikatny uśmiech.

-Aaale..

Nie odpowiedział, ani nie pozwolił mi skończyć. Załączył nasze usta, rozchylił moje wargi zahaczając zębami o dolną. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a moje przyrodzenie (Ha znam mądre słowa!) zrobiło się twardsze. Chciałem coś zrobić, więc niezdarnie zacząłem oddawać pocałunek.

-Alan kotku, nie jestem lodem, naprawdę. Jak tak bardzo chcesz używać języka to mogę ci to umożliwić - posłałem mu obrażone spojrzenie nr 4, a on tylko się uśmiechnął. -Rób to co ja i zero języka!

Nasze wargi znowu się połączyły i tym razem było inaczej. Pozwoliłem Austinowi "prowadzić ", kiedy sam siedziałem z rozchylonymi wargami. Nie chciałem go zawieść, także pozwalałem mu na wszystko. Kiedy w końcu już zrozumiałem mniej więcej, co mam robić, żeby się nie skompromitować jeszcze bardziej, odwzajemniłem pieszczotę. Trwaliśmy w uścisku, całując się i przegrywając tylko po to, żeby zaczerpnąć tchu i na siebie spojrzeć. W brzuchu miałem chyba te robale, o których pierdolą dziewczyny. Byłem tak cholerne szczęśliwy. Każda komórka mojego ciała emanowała radością, nie wiek jakim cudem wytrzymałem w jednej pozycji. Chciałem wstać, skakać, krzyczeć z radości, ale musiałbym przerwać tę chwilę, a tego nie chciałem. Było idealnie.

W końcu oderwaliśmy się od siebie na dobre. Uśmiechy nie schodziły nam z twarzy. Siedzieliśmy na masce samochodu Austina wpatrując się w bezchmurne niebo.

-To co, może teraz użyjesz swojego języka? -mrugnął do mnie.

I cały czarny prysł. Idiota. Uśmiechnąłem się, bo mimo tego, że zepsuł tę romantyczną atmosferę byłem szczęśliwy, a nawet szczęśliwszy jeśli to w ogóle możliwe.

-Wal się - popchnąłem go delikatne nie mogąc się nie roześmiać, on już tak na mnie działał. Minęło sporo czasu zanim, któryś z nas znowu się odezwał. Panowała między nami ta disnejowska atmosfera. No wiecie książę i księżniczka, w zamku, w wieży, na koniu... Nie nic.

Wtuliłem się w jego bok, splatając nasze palce. Słyszałem jego spokojny, rytmiczny oddech, czułem na sobie spojrzenie Austina, ale nie miałem ochoty otwierać oczu. W końcu jednak musiałem, bo jednym pewnym ruchem przeniósł mnie nie swoje kolana, sam uderzył plecami w maskę, (kaleka). Z moich ust wydobył się dźwięk, który nie należał do najbardziej męskich, jakie z siebie w życiu wydałem. Opadłem na jego tors, odgarnął grzywkę z mojego czoła, po czym złożył na nim pocałunek. Trwaliśmy tak przyklejeni do siebie i nie żebym miał coś przeciwko, ale z krzaków dobiegały naprawdę dziwne dźwięki. To nie tak, że się bałem, ja się nie boję. Co to, to nie.

-Austin?

-Hmph? - hefalumpa się znalazł, nie wiem czy tak robiły hefalumpy, w zasadzie nawet nie wiem co to są hefalumpy.

-Co to są hefalumpy? - zapytałem nagle, chociaż nie o to początkowo mi chodziło.

-Alan ty może już więcej nie pij, co kotek?

Dałem mu kuksańca w żebra, robiąc przy tym najbardziej obrażona minę na jaką było mnie w owym momencie stać.

Nadal słyszałem te dźwięki, starałem się nie wyjść na jeszcze większą cipkę, ale nie mogłem znieść tej guli rosnącej mi w gardle i żołądka, który się ku niemu podnosił.

-Austin? Słyszałeś?

-Boisz się? - jego śmiech rozbrzmiewał mi w uszach jakimś chorym echem, które zapewne sobie uroiłem. Wiedziałem że tak będzie.

-Możemy stąd iść? Proszę -spojrzałem na niego błagalnym spojrzeniem niczym kot ze Shreka.

-A może po prostu sprawdzimy co tam jest? -szepnął mi do ucha, jakbyśmy prowadzili co najmniej jakieś konspiracje.

-Asa...

-No chodź.

Skinąłem głowa, chociaż uważałem to wciąż za najgłupszy pomysł na świecie. Założę się, że będzie tam jakiś morderca, który nas zgwałci zabije i zje lub zrobi to w odwrotnej kolejności.

-Uspokój się to pewnie tylko jakieś zwierzę.

Prychnąłem, nie wcale się nie trzęsłem, jak jakaś galareta. Moje durne ciało ma te swoje odruchy i nie umiem ich zatrzymać. Wszyscy zawsze powtarzają, że nie muszę się odzywać, żeby wiedzieli co mam do przekazania, pewnie mieli racje.

Carlile odchylił gałązki... Dobrze przyznaje sie krzyknąłem ze strachu i prawie zmoczyłem spodnie.

-Ashby weź może popatrz co tu jest zamiast się wydzierać.

Zrobiłem tak jak powiedział i moje oczy właśnie dostały orgazmu, a z ust pewnie zaczęła mi wyciekać płynna tęcza, jeszcze elfy i garnce złota, nieistotne... Na trawie leżały trzy małe kociaki, były puchate i śliczne. Wyciągnąłem rękę, żeby je pogłaskać, ale ten kretyn oczywiście musiał mnie zatrzymać. One były takie piękne, na pewno miały mięciusie futerko i potrzebowały miłości.

Spojrzałem na Austina błagalnym wzrokiem, na co ten tylko pokręcił głowa.

-Nie możemy ich zabrać Alan nie ma mowy.

Łasiłem się do niego i pewnie gdybym miał ogon aktualnie zaczął bym nim merdać albo ocierać go nim w niekoniecznie pożądane miejsca. Chociaż pewnie przez niego pożądane.

-Aleee dlaczefo nie Auuuuuuuustin - wręcz płakałem .

Patrzył na mnie z politowaniem wypisanym na twarzy.

-Nie, one mają mamę. Nie chciałbyś chyba, żeby ktoś ci ukradł dzieci. Pomyśl, jakby ciebie ukradziono mamie.

-Ucieszyłaby się - odpowiedziałem zgodnie z prawda

-Nie.

Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę samochodu, wyrywałem się i starałem zabrać chociaż jednego kociaka, ale chłopak mi to uniemożliwił.

-Użyje języka - zadeklarowałem na szybko, to pierwsze przyszło mi na myśl, mrugnąłem do niego, zignorował mnie wpychając do samochodu. - To nie jest fair!! Czuję się porywany, zadzwonię na policję Austin, zamkną cię i będą upuszczać mydło!! W więzieniach nie ma mydła w płynie. Będziesz musiał się schylić, a kto wypina tego wina. Życie go zapina!!!

-Żebyś ty się przypadkiem nie schylił anal...

-Nie mów tak do mnie! - zacząłem się szarpać, chciałem go uderzyć, ale no nie ukrywam, nie jestem najlepszy w tych sprawach.

-Uspokój się kocie.

Do domu dotarliśmy po jakiś 20 minutach ciszy, Austin starał się nawiązać konwersację ale umiejętnie oraz umyślnie do ignorowałem w końcu się poddał. Wysadził mnie, ale oczywiście musiał powlec się za mną. Nie jestem, aż takim idiotą jak myślisz Carlile, umiem sam trafić do drzwi. Sarkastyczny uśmiech wkradł się na moje usta, zignorował go.

-Dzięki że go dostarczyłeś Austin. Może wjedziesz na chwilę? - zapytała moja mama z milutkim uśmiechem na ustach.

-Nie, nie wejdzie -zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem i pobiegłem do siebie.

Słyszałem jeszcze jak otwiera drzwi i przeprasza za moje zachowanie, za moje. Powinna przeprosić za swoje, nikt mnie nie pytał czy chce, żeby przylazł z butami do mojego domu. Pff, ale to ja zawsze jestem ten najgorszy. Bo co? Bo jestem rudy?

Następne dwa dni były cholernie nudne i trudne. Ten dziwny moment, kiedy wyjmujesz telefon piszesz wiadomość i nie masz jej do kogo wysłać. Posiadanie jednego przyjaciela jest irytujące, zwłaszcza jeśli ten przyjaciel jest skończonym dupkiem. Unikanie Austina jest trudniejsze niż nauczenie niemego śpiewać. Ten ciołek był wszędzie. Zaczynam mieć klaustrofobię, niedługo otworzę szufladę, a on z niej wyskoczy.

-Alan wszystko ok? - skinąłem głową, ale chyba nie przekonałem Phila. - Jesteś jakiś podenerwowany. Stało się coś chcesz pogadać?

W zasadzie to chciałem robić coś ustami, ale nie było to mówienie. A jak już to nie do Phila. Uwielbiam gościa, jest moim bardzo dobrym kolegą, ale...

-Nie jestem Austinem wiem.

Borze co? Czy on mi czyta w myślach? Ja pierdolę teraz wszyscy się dowiedzą, że oglądam (nie wiem co ok jakiś kurwa melodramat, którego nazwy nie znam, ale główna bohaterka jest czarodziejką, a jej chłopak wampirem, to wszystko jest takie ekscytujące) w bluzce i szortach siostry, z jej szminką na ustach, w między czasie czesząc się szczotką dla kota, którego nie mam... Kurwa.

-Halo Ashby! Nie odpływaj.

Pstrykniecie mi przed nosem byłoby dobrym posunięciem, żeby przywrócić mnie do świata żywych, gdyby naprawdę odbyło się przed moim nosem a nie skończyło uderzeniem mnie w twarz.

-Już nie jesteś moim przyjacielem - odwróciłem się na i najzwyczajniej w świecie odszedłem.

Czy mówiłem kiedyś jak bardzo nie znoszę nauczycieli którzy nie pilnują dyscypliny w swoich klasach? Nie? To nie znoszę takowych nauczycieli. Ten hałas jest irytujący, byłby do zniesienia, gdyby nie padła mi bateria w telefonie, ale pominę ten szczegół. Wielka szkoda w sumie, bo znalazłem rozwiązanie, co do pisanie wiadomości i nie wysyłania, a raczej wysyłania, ale nie Austinowi. Założyłem twittera, to badziewie jest wciągające, takie rozmawianie ze sobą samym, ale jednak nie. Papierowa kartka trafiła mnie w tył głowy, nie była to już pierwsza w ciągu tych 25 minut jakie tu zmarnowałem. Kolejna wylądowała na moim stoliku i naprawdę miałem tego po dziurki w nosie.

"porozmawiaj ze mną kretynie, nie zachowuj się jak dzieciak, po lekcjach 5 minut proszę -os10", SPIEPRZAJ AUSTIN NIE BĘDĘ Z TOBĄ ROZMAWIAŁ. Rzuciłem kartką w nauczycielkę, nie wiem dlaczego po prostu, nie chciałem na nią patrzeć, na jego charakter pisma, słowa, które czytałem jego głosem. Jak to przystało na moje szczęście kobieta akurat w tym momencie musiała popatrzyć w moją stronę. Przez całą lekcje miała głowę wsadzona w jakieś czasopismo dla bab i pewnie masturbowała się pod biurkiem do zdjęć młodego Di Caprio czy kogoś w tym stylu. To, że lubię w dupe nie znaczy, że znam się na bożyszczach nastolatek, a co dopiero kobiet.

-Ashby do mnie - niechętnie wstałem i podszedłem do biurka. Wszyscy nagle zamilkli i wgapiali się we mnie. Przepraszam, ale czy ja jestem jakąś modelką? Nie wydaje mi się. Nienawidzę jak ludzie się na mnie gapią i tak byłem tylko tym rudym co pląta się za Carlile. Oczywiście pani Yhjks nie mogła zaprzestać na jednej ofierze, molestowała całą klasę, żeby dowiedzieć się kim jest "os10". To nie tak, że uczy nas trzeci rok i nadal nie wie kto jak ma na imię. Skończyło się na tym, że wylądowaliśmy razem w kozie po lekcjach. Ach umieram ze szczęścia.

-Alan zaczekaj proszę.

Nie zatrzymałem się, co nie znaczy, że mnie nie dogonił i nie przygwoździł do pierdolonej ściany. Dlaczego jestem taki słaby i nie umiem sobie z nikim dać rady, cholerna dziewczęca uroda.

-Nadal jesteś na mnie zły? To za te durne koty? Spójrz na mnie do cholery! Mówię do ciebie! - ściskał mnie za ramiona tak mocno, iż przekonany jestem, że pojawiły się na nich czerwone ślady, które za kilka minut zmienią się w siniaki. Potrząsnął mną, uderzyłem głową w tę cholerną ścianę.

Nie wiem dlaczego, ale zacząłem płakać, może z bólu, może nie. Po prostu stałem tam przyciśnięty do tej ściany, a łzy spływały mi po policzkach. Z jednej strony chciałem go przytulić i przeprosić, za moje zachowanie, a z drugiej dać mu w twarz i uciec. Potraktował mnie źle, wydarł się na mnie, a ja przecież nic nie zrobiłem. Na mnie się nie krzyczy, mnie się głaska. Poza tym przypomniał mi o tym... Wybuchnąłem jeszcze większym szlochem.